18 września 2017

[O] Większość ludzi zabija tych, których kocha - cz. I

Zapadał zmierzch. Ciepłe, jesienne słońce oblekło się właśnie w szkarłat i rozpostarło kimono łuny na niebie. Wysoka temperatura, kwitnące jeszcze kwiaty, kolorowe liście ścielące się pokornie pod stopami powracających z pola chłopów, oiran i gejsz zażywających przechadzki czy poważnych, zamyślonych mnichów ze świątyni tworzyły razem z kolorami tego pięknego krajobrazu nietypowe wrażenie. Chciało się myśleć, że matka natura przyczaiła się w ukryciu tej całej otoczki i czekała, aż będzie mogła zaatakować - tak jak pozornie łagodne Skorpiony, w rzeczywistości działała szybko i z ukrycia.
Po pięknych ogrodach, będących dumą daimyo rodu Skorpiona - Bayushiego Kazuo - właśnie spacerował maleńki, ciemnowłosy, drobny chłopczyk. Szedł, trzymając jedną ręką dłoń roześmianej matki, a drugą dłoń uważnej, czarnowłosej służącej o drobnej twarzy, która z uwagą przyglądała się swojemu paniczowi zza maski w nietypowym kształcie motyla. Orszaku tego dopełniała Shosuro Yori - piękna, smukła kobieta o twarzy zakrytej, tak jak żona przywódcy jej klanu, maską. W odróżnieniu od wspaniałego, bogatego kimona w kolorze ciemnoczerwonym i strojnego kanzashi pani Izanami, matki małego Keity (takie bowiem imię nosił ów czupurny malec, mający w obecnej chwili główkę na śrubkach, aby wszystko dostrzec na czas, i dowodzący właśnie rozgłośnie, że absolutnie wie, co to jest ptaszek i czym się różni od dużych ptaszków), ubiór Yori utrzymany był raczej w odcieniach nefrytu i szafiru. Ponieważ nowa maska Yori odróżniała się od innych swoim kształtem i kolorem, właśnie tę część ubioru obrał sobie za cel mały panicz - a obecnym jego zamiarem było koniecznie zdjąć motylka z jej twarzy. W tym celu zatrzymał się i zaczął z uporem powtarzać:
- Motilek, motilek, motilek! Yori-san, pokas motilka, pokas!
Yori znalazła się w tym momencie w sporym kłopocie. Z jednej strony rozkaz Keity-sama był nadzwyczaj jasny i sprecyzowany, ale z drugiej strony chodziło tu o jej nową maskę, którą podarowała jej niedawno przyjaciółka. Pokręciła głową, wyraźnie zasmucona.
- Nie mogę, paniczu, przykro mi - odmówiła. - Nie wolno mi zdjąć maski. Czy mogę Ci to jakoś wynagrodzić?
Keita wydął wargi. Jak każdy Bayushi i jak każdy mały mężczyzna był bardzo zdecydowany w swoich czynach i decyzjach. Nie miał zamiaru odpuścić sobie ujrzenia twarzy ulubionej towarzyszki zabaw.
- Pokas motilka, pokas! - domagał się z uporem. - Ploooooseeeee!
Yori odchrząknęła, zakłopotana, jednak nadal trwała przy swoim stanowisku. Ani dziecko, ani czcigodna pani Izanami, ani tym bardziej gadatliwa Rei nie powinni ujrzeć jej najskrytszej tajemnicy, za którą jej bracia musieli zapłacić życiem, a ona sama przekleństwem, którego nie mogła już nigdy zdjąć.
- Niestety, nie wolno mi wykonać tego rozkazu, paniczu. Nawet nie wiesz, jak bardzo chciałabym to uczynić, jednak nie mogę Ci pokazać motylka tak, jakbyś chciał.
Widoczne było, że uparty malec już zwija usteczka w trąbkę, żeby wybuchnąć głośnym płaczem, przepełnionym świętym dziecinnym oburzeniem z powodu niemożności zobaczenia tajemniczego motilka. Na szczęście w sukurs przyszła jej milcząca dotąd Rei, zadając Keicie podchwytliwe pytanie:
- A gdybym paniczowi powiedziała, że ostatnio w ogrodzie widziałam taaaaką wielką żabę? W naszym ogrodzie skaczą sobie często taaakie wielkie kum kumy, że aż strach!
Tu uniosła ręce w górę i rozłożyła je, chcąc zobrazować odpowiednio dziecku rozmiar widzianego płaza.
-Duze kum? - spytał podejrzliwie Keita. W jego dziecinnym serduszku wciąż dominowała chęć ujrzenia motylka, acz tajemniczy, enigmatyczny kum kum zaczynał powoli przeważać szalę. Ciekawe, cóż to takiego jest ów kum kum? Bardzo chętnie by go złapał, a następnie przyniósł ojcu do jego pawilonu, żeby się uśmiechnął! Ostatnio tata był strasznie czymś zajęty, jakimiś sprawami dla dorosłych, i przez to nie miał czasu z nim się bawić. Jednak Keita rozumiał, tata jest daimyo, więc jest baaardzo zajęty. Najważniejsze, że kochająca go bardzo mocno mamusia się nim opiekowała i spędzała z nim tyle czasu, ile tylko mógł, no i byli jeszcze Mei, Rei i reszta domowników, do tego ostatnio przyjechała Yori-san.
- Tak, Keita-sama, olbrzymie kum kumy - zapewniła Rei z niewidzialnym zza maski rozbawionym uśmiechem. Mówiła wszak prawdę; ostatnio ogrodnicy rzeczywiście wspominali, że widzieli taką żabę, czemu więc by nie wykorzystać tej okazji. - Może złapiemy dla mamy i taty po jednym?
Keita zmarszczył brewki, rozważając potencjalne plusy i minusy. Motilek mógł poczekać, a poza tym kum kumy były pod ręką, no i mógłby pójść z takim do tatusia. Brzmiało dobrze.
- Jeżeli Keita-sama raczy ze mną pójść, to pobiegniemy szybciutko i złapiemy kum kuma - zachęcała Rei. - Są niedaleko, o tam, przy stawie, tylko trzeba trzymać Rei za rączkę, a drugą rączką łapać kum kuma.
- Ne ucieknie? - zdziwił się chłopczyk. Trochę mu to brzmiało dziwnie.
- Nie, skądże znowu - zaśmiała się pani Izanami. - Wczoraj Yori-san goniła wszak tego kum kuma po posiadłości. Prawda, Yori-san?
Pani Shosuro przytaknęła, uśmiechając się ciepło.
- Istotnie, Izanami-sama, ma pani rację. Żaba wskoczyła nader niespodziewanie do komnaty, w której rozmawiałam z przyjaciółkami po podróży, i musiałam ją złapać, nim wskoczyłaby komuś do mochi.
- Yori-san goniła kum kuma? - zainteresowanie Keity natychmiast wzrosło. Gdy tylko usłyszał opowieść młodej przedstawicielki klanu Skorpiona, osiągnęło ono jeszcze wyższy poziom. - No to łapać złe kum!
To rzekłszy, rzucił się biegiem do przodu, przed siebie, co chwila pokrzykując "łapać kum, łapać kum!". Przebierał krótkimi nóżkami tak szybko, że Yori i Rei, choć były dobrymi biegaczkami i momentalnie rzuciły się w pogoń za małym łowcą żab, nie mogły za nim nadążyć. Pani Izanami również biegła za synem, nie bacząc na krępujące jej ruchy kimono i zbyt ciasno zawiązane obi, gdyż przerażeniem napawała ją myśl, co mogłoby się stać, gdyby maluch wpadł niechcący, brońcie bogowie, do jeziora...
- Keita-sama! Poczekaj! - wołała Yori. - Ja też chcę złapać kum kuma!
- Paniczu! - wtórowała jej zdyszana Rei. - Miałeś iść z nami za rączkę!
- Keita! Och, Keita-chan, poczekaj, uważaj! Bogowie, Yori-san, złap go, on przecież zaraz spadnie do wody!
Dziecko śmiało się wniebogłosy, uradowane i podekscytowane pogonią. Nagle, ku przerażeniu wszystkich trzech kobiet, maluch poślizgnął się i omal nie upadł. Ze wszystkich trzech gardeł wyrwał się donośny wykrzyknik będący jego imieniem.
- KEITA-CHAN!
Chłopczyk jednak nie upadł, gdyż udało mu się zachować równowagę. Co więcej, z dumą dzierżył w dłoni rozgłośnie kumkającą, rzeczywiście dużej wielkości i obślizgłą, zieloną żabę.
- Tadaaaa! - zaprezentował z dumą matce swoją zdobycz. - Kum kum dla mamy! Kei ma kum kuma dla mamy! Mama, weź kum kuma! Mama! Mama!
Izanami-sama przypadła pośpiesznie do chłopca, upewniła się, że nic mu się nie stało, po czym obdarowała smyka czułymi pocałunkami w czoło i w policzki.
- Znakomicie, skarbie - pochwaliła syna. - Ale następną żabę złap już może razem z Rei i Yori-san, dobrze? Bądź grzecznym chłopcem.
Keita kiwnął głową, nie posiadając się z dumy. Żaba wciąż donośnie kumkała, jednak nie próbowała, nie wiadomo dlaczego, uciekać. Siedziała spokojnie w rączce chłopca, co jakiś czas wystawiając język w poszukiwaniu jakichś soczystych, dorodnych owadów.
Całej scenie przyglądała się z ukrycia niewysoka postać owinięta w ciemny płaszcz, wyglądająca zza rogu jednego z pomniejszych budynków przeznaczonych dla służby. Gdyby ktoś przyjrzał się jej uważnie, dostrzegłby złowróżbny uśmiech na twarzy tego indywiduum...


Ciepła noc zaglądała ufnie przez okno do pokoiku, w którym na futonie wyściełanym najmiększym jedwabiem spał obecnie malutki Keita. Jedyny syn pana Bayushiego, pieszczoch całego domu, odpoczywał obecnie po ciężkim dniu pełnym połowu żab i próby jeżdżenia na koniku z ojcem, który na wieść o wspaniałej zdobyczy nazwał syna jakimś bardzo trudnym słowem i orzekł, że będzie z niego wspaniały mężczyzna. Teraz Keita spał, zadowolony, a jego usteczka uśmiechały się radośnie do snów, które witały go w Yume-do po bajce, którą opowiedziała mu na dobranoc Mei.
Panele shoji rozsunęły się cicho i bezszelestnie. Tajemniczy cień, zasunąwszy je ostrożnie za sobą, aby nie czynić hałasu, wszedł do środka. Maluch przekręcił się na drugi bok i zamamrotał przez sen "mama".
Cień - w promieniach srebrnej, groźnej luny widać było, że jest średniego wzrostu, przeciętnej postury i jego ciało okrywa czarny, gruby płaszcz z kapturem - pochylił się nad dzieckiem. W jego dłoniach zabłysły nóż i jakaś chusta. Przycisnął ją do ust śpiącego mocno chłopca, po czym, wepchnąwszy w jego usta dla pewności kawałek materiału oddartego z płaszcza (nikt nie mógł wszak usłyszeć choćby najmniejszego jęku!) i uderzywszy malca w głowę, wbił narzędzie zbrodni w brzuch chłopca. Rozcinał go powoli, delikatnie, z wprawą, jakby lubując się swoim krwawym dziełem...
Dziecko nie obudziło się - jego sen i tak był mocny, a chusta nasycona specyfikiem z usypiających ziół dopełniła swego dzieła. Jednak jego ciałko drgało, rzucało się, kiedy morderca rozpruwał je subtelnie, starając się usunąć zbędne organy i dotrzeć do swojego celu. Po niedługim - a może długim? - czasie w dłoniach mordercy czy morderczyni pojawiła się dymiąca, gorąca wątroba. Cień, szepcząc bezgłośnie jakieś mantry, unurzał ją w krwi niewinnej ofiary, która trysnęła dość obficie, i położył wycięty organ przy głowie maleństwa. Po chwili przeszedł do działań mających mu zapewnić możliwość usunięcia płuc z ciałka chłopczyka. Mały synek daimyo leżał już nieruchomo, spokojny, gdyż zaczęła się jego wiekuista wędrówka do krainy bogów - krainy śmierci, skąd już nigdy miał nie powrócić.
Okrutny cień, dopełniwszy swego dzieła, odłożył ostrożnie płuca na ziemię, ułożywszy je po lewej stronie główki brzdąca. Po krótkiej chwili zastanowienia wyrysował swymi drżącymi z podniecenia czy ze strachu z pomocą krwi malca tajemny symbol, mający przywoływać złe siły ciemności i potworne demony strzegące wszystkich potępionych, symbol rodem z okrutnej krwi Pająka; wciąż nie przestawał przy tym szeptać dziwnych, niezrozumiałych fraz i wyrażeń. Jakby w odpowiedzi na to czarnomagiczne wezwanie ze wszystkich stron pokoju jęły wypełzać przywabione krwią, maleńkie pajączki, jednak szybko znikły, jakby przerażone okropieństwem, którego dopuścił się człowiek czy duch.
Osoba ta stanęła nad chłopcem. Na jej twarzy rysował się delikatny uśmiech, ręce wciąż drżały po zbrodni.
- Nembutsu - wyszeptała cicho, ledwo dosłyszalnie, po czym wyszła tak szybko i cicho, jak się pojawiła.


Dzień, w którym odkryto zbrodnię, doprawdy należał do dni tragicznych i zapisał się krwawymi zgłoskami w historii rodu Bayushi. Jak co rano, Mei szła spokojnie do pokoju panicza Keity, niosąc tacę z jego ukochanym amazake, które przygotowała dla niego stara kucharka na śniadanie. Towarzyszyła jej Yori, którą od wczoraj dręczyło dziwne, niewyjaśnione przeczucie i pragnęła ujrzeć, że wszystko z paniczem jest w porządku.
- Mam nadzieję, że posmakuje mu amazake i że już wstał - rzekła Mei. - Shosuro-san, zechcesz może otworzyć mi drzwi?
- Oczywiście - odpowiedziała Yori z ciepłym, niewidocznym jak zawsze, uśmiechem. - Też mam nadzieję, że Keita dobrze spał. Pragnęłabym się z nim pobawić, póki nikt jeszcze mnie nie wezwał przed swoje oblicze.
To mówiąc, młoda Skorpionka rozsunęła panele. Kiedy jednak ujrzała straszliwy, krwawy symbol, rozszarpane zwłoki chłopca i wycięte wnętrzności, najformalniej w świecie osłupiała. Z nieba mogłaby zstąpić sama Amaterasu-hime, przez pokój mogłyby przebiec święte kitsune, a Yori Shosuro nawet by nie drgnęła, chłonąc potworne rozmiary zbrodni. Stojąca za nią Mei wypuściła z hukiem tacę z jedzeniem. Miseczka rozbiła się w drobny mak, sprawiając, że amazake, przygotowane z takim trudem i nakładem przez kucharkę, stało się pieśnią przeszłości. Po chwili zaczęła krzyczeć na całe gardło i zemdlała.
Na szczęście do pokoju wpadli strażnicy, zwabieni krzykiem kobiety, zbiegła się też cała służba. Wielu z nich zaczęło lamentować, ktoś wzywał bogów na pomoc, ktoś ich przeklinał na widok nieludzkiej zbrodni.
 -Wezwijcie daimyo-sama i jego małżonkę! - głos, który dobył się z gardła Yori, był stłumiony, ale tak władczy, że zapłakane służące i zszokowani mężczyźni popatrzyli na nią ze zdumieniem.  - Wezwijcie natychmiast kapłanów i urzędników Szmaragdowego Magistratu! Podwoić straż wokół całej posiadłości! I niech ktoś, na Panią Amaterasu, usunie stąd Mei! Niczego nie dotykajcie!
Ludzie zgromadzeni w pokoju panicza natychmiast zaczęli wypełniać wydane im rozkazy. Kilku mężczyzn i kobieta pobiegli, by sprowadzić parę małżeńską rodu Bayushi, Rei, która zjawiła się tu nie wiadomo skąd, od razu usunęła omdlałą siostrę z miejsca zbrodni. Ktoś pobiegł, by ściągnąć na miejsce kapłanów ze świątyni dla odegnania złych i podstępnych duchów mroku, ktoś inny wniebogłosy instruował strażników. Na zewnątrz słychać było tupot nóg, krzyki, zamieszanie i chaos, płacz kobiet, a także gniewne głosy mężczyzn, którzy samorzutnie organizowali już poszukiwania mordercy. 
Yori pokłoniła się nisko czcigodnym zwłokom, zadowolona, że nikt nie widzi łez, które ściekają jej po policzkach ukrytych pod maską, po czym wyszła powoli na korytarz. Omal nie wpadła na pędzącego z prędkością dziwną już w jego wieku Kazuo-sama. Ten, spostrzegłszy ją, momentalnie się zatrzymał i chwycił ją z całej siły za ramiona. 
- Gdzie jest mój syn?! - wrzasnął. - Gdzie Keita?! Co mu się stało?!
- Kazuo! Kazuo, co tu się dzieje? - zabrzmiał przerażony głos pani Izanami. - Gdzie mój synek? Gdzie nasze dziecko?
Yori przez chwilę nie mogła zebrać tchu. Musiała jednak odpowiedzieć.
- Przykro mi, dostojny panie, szlachetna pani, ale...Wasz syn, niestety, nie żyje. Został najprawdopodobniej zamordowany w nocy - powiedziała cicho, głosem pełnym bólu i współczucia. 
- Łżesz! Łżesz, kobieto!
- Niech mnie bogowie potępią, jeżeli kłamię - powiedziała Yori, kładąc rękę na sercu. - Przysięgam na mój honor i honor moich przodków, że mówię, niestety, prawdę.
Kazuo puścił natychmiast Yori, po czym odsunął shoji i wszedł jako pierwszy. To, co tam zastał, wprawiło go w przerażenie. Po chwili pokój ów wypełnił gorzki płacz matki, której rozdarto serce, i ojca, któremu złamano duszę. 


Jesienny wieczór, który nastąpił na Murze Kaiu w siedem tygodni później, był jeszcze dość ciepły, aczkolwiek już zapowiadał nadejście chłodów zimy. Powszechne zdziwienie i zaciekawienie wzbudził wśród obrońców Muru młody posłaniec, który właśnie przybył tu po długiej, aczkolwiek szybkiej podróży, niemal wpadł przez bramę jak szaleniec, z prędkością potępieńca wpadł do budynków, wypytując się po drodze wszystkich wokół o siedzibę czcigodnego Bayushiego Hitoshiego, mającego tu przebywać, a w obecnej chwili łomotał w drzwi jak wariat, nie bacząc na to, że może przeszkadzać wielkiemu dostojnikowi w wypoczynku.
Hitoshi instynktownie spiął się w sobie słysząc gwałtowne łomotanie, ale jego ruchy pozostały spokojne i wystudiowane. Wypuścił z dłoni skraj futonu, na którym miał się lada moment ułożyć, a zamiast tego wstał i uchylił drzwi, zaś na jego twarzy widać było uprzejme zaniepokojenie zaistniałą sytuacją. Był bardzo zmęczony dzisiejszym dniem - kolejna rozgrywka w go z czarującym młodzieńcem imieniem Toshitsune okazała się być bardzo wartościowa, do tego odbył sporo rozmów i zebrał wartościowe dla swojego klanu informacje. W głębi serca Skorpion obawiał się, że zamieszanie mogło być spowodowane tym, co czasem przychodzi zza Muru - demony były w końcu przeciwnikiem, wobec którego bezskuteczne byłyby jakiekolwiek jego umiejętności. Wpuściwszy więc przybysza, zmierzył go obojętnym spojrzeniem, po czym spytał:
- Cóż wymaga mojej uwagi o tak późnej porze?
Chwiejący się na nogach posłaniec musiał się oprzeć o panele, aby nie upaść na ziemię. Dyszał tak, jakby przebiegł cały Mur Kaiu wzdłuż i wszerz, a do tego zza jego maski wionął zimny oddech przerażenia.
- Bayushi-sama, stała się rzecz potworna! Nie do uwierzenia! Zginął maleńki Keita, synek pana daimyo! Ogłoszono już żałobę! 
Niewiele było w stanie wzruszyć chłodne i opanowane serce Skorpiona, ale ta jedna wieść sprawiła, że Bayushi poczuł, jak coś w nim pęka. Przez pewien czas milczał, a jego twarz nie zdradzała niczego.
- Wejdź - powiedział w końcu, a jego głos miał brzmienie nieznoszącego sprzeciwu rozkazu. Musiał dowiedzieć się od młodego posłańca czegoś więcej.
- T-tak, panie - zająknął się chłopak, jednak wypełnił polecenie. Choć nogi wyraźnie przestawały mu służyć, nie śmiał nawet usiąść. Czekał na rozkazy i pytania, które - jak słusznie sądził - miały nastąpić.
- Jak... - Hitoshi urwał czując, że głos nieco mu się załamał. Zacisnął na chwilę usta, opanowując się jednak w okamgnieniu. Nie mógł okazać żadnej słabości, szczególnie w takiej sytuacji. - Jak to się stało? I kto za tym stoi?
Posłaniec przetarł drżącą dłonią twarz. Jego oczy były niezwykle zmęczone, nie tylko podróżą, ale i wspomnieniami. 
- Panicz Keita bawił się z ojcem i matką, tak jak zawsze. Tego feralnego dnia towarzyszyła mu także dostojna Shosuro Yori, która przyjechała dzień wcześniej, a którą bardzo polubił. Po kolacji, jak zawsze, położono go spać. Towarzyszyły mu przy tym dwie służące, które panicz najbardziej lubił, Mei i Rei. Rano, kiedy Mei i pani Yori przyszły do panicza, już nie żył. Pani Yori nakazała podjąć wszelkie kroki, to ona mnie tu przysłała.
- Czy cokolwiek już wiadomo? Są jakieś poszlaki? - zapytał Hitoshi i chociaż głos miał opanowany, luźno narzucona yukata starannie skrywała to, jak napięte były jego mięśnie i cała sylwetka. Obecność Yori bardzo go ucieszyła. Znaczyło to, że przynajmniej ten jeden plan się udał, ale...Śmierć dziecka całkowicie zmieniała położenie. O tak, całkowicie, i Hitoshi musiał to dobrze rozważyć.
- Dziecko zostało potwornie zmasakrowane, panie. Wycięto mu wątrobę i płuca... 
Młodzieniec umilkł na chwilę, zbierając wspomnienia.
- Dręczono je w sposób najokrutniejszy. Dziwne, że nie krzyczało, choć może czymś je uśpiono lub...unieszkodliwiono. Na główce panicza był siniak. Bogowie, kto by pomyślał, taki słodki dwulatek...
Na wieść o tym, co musiał przecierpieć maleńki Keita przed śmiercią, Hitoshi skrzyżował ramiona na piersi i instynktownie wbił palce w przedramiona. Następnego dnia będzie pewnie miał siniaki, ale żadne kimono nie odsłaniało ciała aż tak daleko, więc mógł sobie na to pozwolić, jeśli ból miał mu pomóc zachować kamienną twarz.
- Czy sprawa jest publiczna? - spytał ostro.- 
- Jest publiczna, panie. Cały dwór w rozsypce, pan w rozpaczy, pani chciała się wieszać, ale ją odratowali...Wdrożono już śledztwo w tej sprawie - zakomunikował cicho i z wyraźnym smutkiem chłopak. Może było mu żal skatowanego dziecka?
Starszy Bayushi czuł instynktownie, że coś takiego nie mogło być sprawką nikogo z Klanu Skorpiona. To wydarzenie było jak nóż wbity w samo serce całego Klanu, nikt nie poważyłby się na coś takiego! Cios musiał nadejść z zewnątrz, ale któż mógł być na tyle sprytny, by obejść wszelkie straże w pałacu daimyo, i tak nikczemny, by podnieść rękę na życie bezbronnego dziecka?
- Wyruszę jutro z samego rana. Udam się też do Terayukiego-dono, by powiadomić go o wyjeździe. Ty zaś odpocznij, wykonałeś na dzisiaj swoją służbę.
- Dzięki wam, panie - jęknął chłopak, po czym runął na ziemię, wykończony podróżą i jej niewątpliwymi trudami. Hitoshi jednak nie przejął się nim zbytnio. Jedynie wydał polecenie, by dwóch młodzieńców, przydzielonych mu jako służba, zajęło się posłańcem, sam zaś, tak jak rzekł, udał się do czcigodnego Hidy Terayukiego, zarządcy Muru Kaiu. 
Szlachetny wojownik nie był w stanie zasnąć tamtej nocy. Przez większość czasu leżał na futonie ze wzrokiem wbitym w sufit, a jego umysł bezskutecznie próbował sformułować jakiekolwiek hipotezy. Jak przez mgłę słyszał odległe dźwięki gongu dochodzące ze szczytu Muru, oznajmiające kolejne zmiany warty i tylko dzięki temu wiedział, jak wiele czasu naprawdę upłynęło. Chociaż nie udało mu się dojść do niczego konkretnego i choć miał wrażenie, że ciemna noc trwała wieczność, gdy pierwsze promienie wschodzącego słońca dotknęły szczytów twierdzy, mężczyzna był gotowy do działania. 
Następnego ranka, nie czekając na żadne przygotowanie mu prowiantu i oficjalne wyprawienie w podróż, odjechał na grzbiecie rumaka na północ, w stronę ziem Klanu Skorpiona. Chociaż Hitoshi przybył na Mur Kaiu w lektyce i otoczeniu służby, nie zamierzał tracić czasu na wygodną podróż. Swym tragarzom kazał wracać na własną rękę, sam zaś gnał ile tchu, nie przejmując się w ogóle zdrowiem konia i wymieniając spienione, rzężące wierzchowce w każdym mijanym mieście bądź wiosce. Nie miał już tyle sił i zdrowia, co kiedyś, o czym jego podstarzałe ciało nie omieszkało mu przypomnieć, ale żelazna wola i doświadczony umysł potrafiły zapanować nad tym i Hitoshi parł naprzód pomimo otarć na nogach, bólu kręgosłupa i senności. 
Do pałacu daimyo dotarł tak szybko, jak to było możliwe, ale cel podróży nie zwiastował mu odpoczynku. Zamiast tego powitały go śnieżnobiałe, żałobne sztandary i szarfy, które powiewały smutno na wietrze. Mimo otaczającej wszystko zieleni wydawało się, że pałac daimyo nawiedziła przedwczesna zima, otulająca wszystko posępną ciszą i wszechobecną bielą. 
Mimo przemęczenia, Hitoshi spędził w pokoju ledwie tyle czasu, by odświeżyć się po podróży i przebrać w żałobne kimono. Większość jego masek była wykonana z czarnego, lakierowanego drewna, jednak na ten czas mężczyzna wybrał jedyną porcelanową, przedstawiającą wykrzywione w agonii blade oblicze demona. Miał wrażenie, że wraz z założeniem tej maski i jego opadł wszechobecny całun smutku i niemocy. Od opisanego mu przez posła wydarzenia minęło już dość sporo czasu, ale Hitoshi bardziej czuł, niż wiedział, że niczego nie udało się ustalić. Powietrze w pałacu było ciężkie i posępne, a mężczyzna miał wrażenie, że całe to przygnębienie coraz mocniej go przygniata.
Gdy tylko opuścił pokój, udał się do swego daimyo, by złożyć mu kondolencje, choć był przekonany, że przez ostatnie tygodnie Bayushi Kazuo-dono nasłuchał się ich już wystarczająco dużo. 
Służba skierowała go do urokliwego pawilonu herbacianego z pięknym widokiem na ogród i jezioro, w którym Kazuo-dono oddawał się rozmyślaniom. Pawilon został przystrojony powiewającymi, białym wstążkami, a siedzący pod jego dachem daimyo przypominał zjawę z Yume-do, która przez pomyłkę zawitała do krainy śmiertelników wprost z najposępniejszego koszmaru. Hitoshi skłonił się głęboko, a następnie usiadł obok Kazuo-dono. Ich oczy się spotkały i mimo masek zakrywających oba oblicza, żadne słowa nie były potrzebne. Hitoshi zobaczył bezmiar rozpaczy, smutku i niemocy w oczach swego daimyo, ten zaś ujrzał ból i troskę w spojrzeniu swego sługi. Trwali przez chwilę w całkowitym milczeniu, a potem daimyo odstawił czarkę z herbatą i odwrócił się w stronę jeziora.
- Wciąż zastanawiam się, gdzie popełniłem błąd, Hitoshi-san - zaczął, a jego głos był dziwnie cichy i pusty.
Starszy Bayushi nie odpowiadał przez chwilę, zaciskając lekko skryte pod maską usta. 
- Czy to ważne? - odpowiedział w końcu, a na dzwięk tych słów daimyo odwrócił się do niego gwałtownie, jednak Hitoshi wytrzymał jego gniewne spojrzenie. - Nie żałuj i nie rozpamiętuj swych błędów. Takie myśli są niczym zgnilizna, która toczy duszę. Cokolwiek się wydarzyło, należy do przeszłości, a to, co się wydarzy, jest niepewne. Tylko terazniejszość jest w naszych rękach.
Gdyby Hitoshi ubrał swe myśli w inne słowa, zapewne skończyłby w lochu. Jednak cytując słowa kami Bayushiego skierowane do przodka wszystkich cesarzy, kami Hanteia, sprawił, że Kazuo-dono mógł być na niego wściekły, ale nie miał podstaw, by go karać. Mimo, że Hitoshi zdawał sobie sprawę z tego, jak okrutna była jego wypowiedź, wiedział dobrze, że dla dobra Klanu musiał zranić nią własnego daimyo. Na tym w końcu polegała tak ceniona przez Skorpiony lojalność - by dawać swemu panu to, czego potrzebuje, a nie mówić mu to, co chce usłyszeć.
Kazuo posmutniał, wytrzymał jednak ten cios. Przeczesał powoli drżącą dłonią posiwiałe przedwcześnie od trosk i rozpaczy włosy, które tak lubił głaskać maleńki Keita. Choć od śmierci jego ukochanego, jedynego syna minęło już siedem tygodni, ból wcale nie zelżał - wręcz przeciwnie, kąsał go jeszcze zajadlej w samo serce. Każdy zakątek pałacu przypominał mu o dziecku, które już zasnęło na wieki, o dziedzicu, który już nigdy go nie zastąpi jako nowy daimyo klanu Skorpiona. Pokiwał lekko głową, nie odrywając wzroku od spokojnej toni jeziora. 
Gdybym wtedy za nim pobiegł, zatrzymał go...Mógłbym z nim spędzić jeszcze chwilę - pomyślał już po raz nie wiadomo który. 
- Moja żona chciała cię widzieć, Hitoshi-san. Udaj się do niej. I...dziękuję ci za szybki powrót.
Kiedy Hitoshi odszedł, zbliżył się do niego młody służący - jak wszyscy w tym domu smutny i przyodziany w białe, żałobne kimono. Ile w tym było rzeczywistego smutku, a ile udawanych pozorów, tego już starszy Bayushi nie oceniał.
- Pani Izanami oczekuje was w swoich komnatach - poinformował. Poprowadził mężczyznę tak dobrze mu znanymi korytarzami, a przy drzwiach zatrzymał się, uśmiechnął się smutno i odszedł.


Hitoshi podszedł bez słowa do Izanami-dono, a następnie ukłonił się głęboko tak, jak uczynił to w przypadku Kazuo-dono. Na pierwszy rzut oka było widać, że matka małego Keity czuje się o wiele gorzej, niż jej mąż i głębiej przeżywa utratę potomka. Hitoshi się jej nie dziwił - w końcu dla matki nie było większego horroru, niż utrata ukochanego dziecka. 
Pomieszczenie było całe w bieli, wciąż jeszcze znajdowały się tu ubranka i zabawki maleństwa - o tak, starszy Bayushi dobrze pamiętał dzień, kiedy ów uroczy dwulatek, rokujący tak wielkie nadzieje, zerkał z najwyższą ciekawością na jego osobę i maskę, chciał jej nawet dotknąć, ale nie pozwoliła mu na to matka. Już nigdy nie zobaczy, co się za nią kryje. I matka również o tym wie - uświadomił sobie z goryczą mężczyzna. Pani Izanami najwidoczniej również doszła do tego wniosku, bo nakazała gestem usiąść swemu gościowi, co ów uczynił. Jej dłonie drżały, a opuchnięte powieki zdradzały każdą nieprzespaną, przepłakaną w żalu za jedynym dzieckiem noc.
- Hitoshi-san - jej głos się łamał, drżał, dygotał spazmatycznie. Spod powiek kobiety zaczęły wymykać się łzy. -  Chciałam ci tylko powiedzieć, że...Keita-chan bardzo cię lubił. Chyba...najbardziej z męskiej części domowników, zaraz po swoim ojcu. Wiesz, że kiedyś zapytał, kiedy wrócisz...? 
Łzy ciekły coraz obficiej, mknęły po jej twarzy jak wyścigowe rumaki.. Pani Izanami ich już nawet nie ocierała. Pozwalała im cieknąć, ale jeszcze nie wyrywało się z jej piersi łkanie, potrafiła je jeszcze tłumić. Tak, to było tutaj kluczowe słowo.
-  Proszę...Porozmawiaj z panią Kitsuki. Wydobądź od niej przysięgę i sam uczyń wszystko...aby ten, kto zabił mojego synka... - poprosiła zrozpaczonym głosem, po czym ukryła twarz w dłoniach, nie mogąc już dłużej tego znieść. - O, nielitościwi bogowie...Dlaczego? Dlaczego mój synek? Dlaczego moje słoneczko...?
Hitoshi nie potrafił odpowiedzieć jej na pytanie, dlaczego to nieszczęście padło właśnie na jej dziecko. Widział też, że nie ma takich słów, które mogłyby w jakikolwiek sposób pomóc Izanami-dono. Dlatego skłonił się głęboko kobiecie,  mówiąc:
- Przysięgam Ci, pani, że uczynię wszystko, co w mojej mocy, by osoba odpowiedzialna za śmierć Twego dziecka spotkał los taki, na jaki zasługuje. Demony z Jigoku będą uosobieniem litości przy tym, co ją spotka. Możesz być tego pewna.
- Dziękuję ci, Hitoshi-san. To dla mnie dużo znaczy.
Nieszczęsna kobieta ocierała łzy, nerwowo drżąc. Mrugała szybko powiekami,by nie pozwolić sobie na haniebną słabość.
- I jestem pewna, że...Keita-chan też cię słyszy. Tam, w niebie, dokąd, dokąd...
Ukryła twarz w dłoniach, po czym wybuchła płaczem. Nie, to nie był płacz; właściwiej byłoby to nazwać skowytem zranionego zwierzęcia. Dwie służące, które weszły na ów odgłos, wniosły wodę i jakieś zioła, pewnie na uspokojenie. Izanami-dono zalewa się łzami, jakby już zapomniała, że był tu ktoś jeszcze oprócz niej.
Kiedy Hitoshi dyskretnie ulotnił się na zewnątrz, długo jeszcze słyszał ów zapadający w serce i sumienie płacz skrzywdzonej przez ludzi i bogów (dokładnie w tej kolejności) matki. Służąca, która go wyminęła, westchnęła na ów odgłos, jednak nie podzieliła się swoimi myślami z mijanym przez siebie człowiekiem.

Nagle oczom starszego bushi ukazały się dwie kobiety z charakterystycznymi jitte, symbolami władzy Magistratu, obie wysokie i odziane - ze względu na szacunek dla domu żałoby - w białe kimona. Musiały to być osoby odpowiedzialne za śledztwo. Wyższa z nich była młodą, około dwudziestoletnią blondynką w rozkwicie swej kobiecości, poruszającą się szybko i bezszelestnie, ze zmarszczonymi w zamyśleniu brwiami. Druga, nieco niższa, dla odmiany była typową, przeciętną brunetką w czysto rokugańskim typie urody i dzierżyła w dłoni zwoje. Obie zbliżyły się do Hitoshiego, po czym ukłoniły mu się uprzejmie.
- Inspektor Kitsuki Takara, prowadząca śledztwo w sprawie tej tragedii - przedstawiła się blondynka. Miała cichy, łagodny głos, miły dla ucha. - A to moja towarzyszka, Hiiragi Rangiku. Właśnie was szukałyśmy, czcigodny Bayushi Hitoshi-sama.
Mężczyzna uśmiechnął się lekko, choć oczywiście nie można było tego wiedzieć. Spodobało mu się profesjonalne zachowanie tych kobiet. Choć wyglądały na młode i dopiero pewnie zaczynały karierę, to jednak musiały być nie byle kim, skoro powierzono im sprawę morderstwa - i to jakiego morderstwa! Cały Rokugan pewnie aż huczał od plotek, zastanawiając się, cóż właściwie sprawiło, że maleńki Keita musiał odejść w drugiej wiośnie swojego żywota do bogów. Klątwa okrutnych kamich? Gniew kamiego Bayushiego nad rodem Skorpiona, który w czymś się sprzeniewierzył nakazom bushido? Porachunki wewnątrz rodziny? A może niespodziewany atak mordercy z zewnątrz, który jakoś przedarł się przez doskonale zorganizowane straże i dopełnił owego nieludzkiego aktu? Albo, nie dajcie bogowie, napaść podstępnych Pająków, które zaatakowały w haniebny i niegodny sposób rodzinę chłopca, skądinąd wpływową i możną, aby pognębić całe cesarstwo? 
- W tych zwojach mamy wszystkie informacje na temat morderstwa. Właśnie niosłyśmy je, abyś mógł się z nimi zapoznać jako zastępca daimyo i osoba nieobecna w chwili popełnienia zbrodni. Kazuo-dono rozkazał, abyśmy komunikowały się z Tobą i Yori-san - poinformowała po chwili milczenia pani Hiiragi. 
- Chodźmy więc do mojego pokoju. To nie jest odpowiednie miejsce na takie rozmowy - stwierdził spokojnie, można by rzec: obojętnie Hitoshi. Zaprowadził obie kobiety do wspomnianej komnaty, wskazał im miejsca na poduszkach i nakazał służącej spotkanej po drodze przynieść herbaty, po czym sam zasiadł na miejscu. 
- A więc słucham. 
Hiiragi Rangiku rozwinęła natychmiast jeden ze zwojów i odchrząknęła, aby niczego nie przeinaczyć. 
- Morderstwo zostało popełnione szóstego dnia ubiegłego miesiąca, w porze nocnej, w komnacie ofiary. Pewne jest, iż nie przenoszono zwłok - referowała. - Obrażenia: siniak na główce, wypruta wątroba, wycięte płuca. Zabójca znał się na anatomii, musiał się znać, jeżeli chciał wycinać konkretne narządy. To było celowe działanie, widać to po sposobie, w jaki dokonywano nacięć. Zbrodnia ma charakter rytualny, co wskazuje na... 
- ...na powiązania z klanem Pająka - dokończył Hitoshi i dodał w zamyśleniu: - Jak wiem, na miejscu zbrodni wyryto krwią dziwny symbol?
- Tak, Bayushi-sama. Na razie udało się zinterpretować tylko jego część: Pająki używają go do rytuałów łączących. Nie wiadomo jednak, co z czym miałoby być łączone, choć osobiście domniemywam, że chodzi o łączenie tego świata ze światem umarłych - odpowiedziała Takara, po czym skinęła na Rangiku, by podała mężczyźnie zwój. Ta wykonała od razu polecenie, po czym sięgnęła po drugi zwój. 
- Istnieją pewne przesłanki, które każą się domyślać, że morderca był oburęczny. Sądzimy, że użyto jakiegoś długiego noża o zakrzywionym ostrzu, nie brakuje jednak żadnego sztyletu z kolekcji pana daimyo, nikomu też nie skradziono w ostatnim czasie broni. Dziecko prawdopodobnie w momencie popełnienia zbrodni spało, więc najprawdopodobniej nie cierpiało. Służba i domownicy zeznają zgodnie, że niczego nie słyszeli, strażnicy pełniący wartę owej nocy również przysięgają na wszystkich bogów, że nie widzieli nikogo. Jak już być może Ci wspomniano, Bayushi-sama, posłała po nas niejaka pani Shosuro, Shosuro Yori. To ona odkryła jako pierwsza ciało. Jej zeznania mamy tutaj, w tym trzecim zwoju. 
Kruczowłosa Rangiku, zgodnie ze słowami swej przełożonej, podała starszemu bushi wspomniany zwój. Był on gruby i pokaźnej wielkości.
- Wcześniejszego dnia przyjechała tutaj, gdyż miała odbyć rozmowę z panem daimyo co do tłumienia buntu wśród chłopów na ziemiach rodu Shosuro i ewentualnego wsparcia wobec rozszerzającej się ich rebelii - mówiła spokojnie Takara, wsparta na łokciu i obserwująca niby to obojętnie Hitoshiego. - Dzień przed morderstwem spędziła zwyczajnie: bawiła się z nieszczęsnym maluchem, gonili wspólnie żaby po ogrodzie pod okiem pani Izanami, wymieniła się plotkami z gromadą przyjaciółek na wieczornej uczcie. Dała słowo honoru, że ostatnim momentem, w którym widziała panicza żywego, była uczta, na której chłopiec również był obecny - zaraz po uczcie rozmawiała jeszcze chwilę z czcigodną Izanami-dono, po czym udała się zażyć spoczynku. Rano przyszła do pokoju Keity, gdyż chciała się z nim tylko pobawić, zanim zostanie wezwana przed oblicze któregoś z jego rodziców. Kiedy weszły wraz ze służącą Mei, dziecko już nie żyło. Mei zemdlała, pani Shosuro wydała stosowne rozkazy, a po naszym przybyciu od razu złożyła zeznania i zadeklarowała, że pozostanie tu przez dłuższy czas. Wysłała także gońca do swoich rodziców w Torikashi. W liście opisała wydarzenia, które miały miejsce, i informowała rodziców, że zostaje tu na dłużej.
- Zeznania Mei, jak rozumiem, są w istocie zbieżne? - spytał Hitoshi. Takara skinęła głową. 
- Opis pobytu w pokoju panicza się zgadza, zgadza się też czas pożegnania z Keitą i opowieść o ogrodzie.
- Co powinno wykluczać udział zarówno Mei, jak i Yori... - mruknął mężczyzna. Po chwili nagle uniósł głowę. - A co z Rei? 
- Po opuszczeniu komnat panicza udała się do komnat służby, a cały poprzedni dzień była zatrudniona w kuchni przy gotowaniu posiłków pod okiem starej kucharki. Wszystko jest opisane w czwartym zwoju. 
Kolejny zwój wylądował na kolanach mężczyzny w białej masce. Skinął głową, przeglądając go pobieżnie. 
Zadał kobietom jeszcze wiele innych pytań, one zaś udzielały odpowiedzi wedle swoich najlepszych możliwości. Pozostawiły mu zwoje do zapoznania się z ich treścią, zadały mu też parę pytań, jednak ogólne wrażenie wyniesione z tej rozmowy przez obie strony było takie, jakby nie zgłębiły tej sprawy do końca. 
Nad posiadłością powiewały posępne, białe chorągwie i wstążki, oznaczające żałobę.
Nomida zaczarowane-szablony